Mam na imię Jutro
Jutro i Valentyne. Pies i jego pan. Nie mają na świecie nikogo poza sobą, są dla siebie wszystkim. Jednak pewnego dnia zostają rozdzieleni.
Pies przez wiele, wiele lat czeka na swojego pana przy schodach weneckiej katedry, a w głowie ma słowa ukochanego towarzysza: "Jeśli się zgubimy, czekaj na mnie tutaj, przy drzwiach." Ze swojego posterunku obserwuje życie miasta. Aż tu nagle w Wenecji pojawia się ktoś, kogo Jutro pamięta z czasów, kiedy był jeszcze razem ze swoim panem. Ktoś, kogo pies jednocześnie się boi i podziwia. Vilder. Wraz z wiernym przyjacielem Sporkiem, Jutro wyrusza za Vilderem, by odnaleźć swojego człowieka. Czy się uda? I co ich czeka w podróży?
"Mam na imię Jutro" jest bardzo przyjemną książką. Klimat jest cudowny, a ważne wydarzenia historyczne w tle dodają jej tajemniczości. Bardzo podoba mi się, jak Damian Dibben przedstawia w swoim dziele miłość psa do właściciela i odwrotnie. Prawie każdy rozdział rozgrywa się w innym roku, więc trzeba uważać, żeby się nie pogubić, ale mi akurat to nie przeszkadza. Powieść ta przedstawia zarówna szczęśliwe wydarzenia, jak i te smutne, np. wojnę i choroby. Opisy są bardzo obrazowe i bezpośrednie, co zdecydowanie jest plusem. Uważam też, że bohaterowie są świetnie wykreowani i bardzo wyraziści. Nie ma ewidentnie czarnych charakterów, ani dobrych postaci. Jak w życiu każdy ma i dobre i złe cechy.
Jutro będzie czas na Jutro ;)
OdpowiedzUsuń