Miasto Śniących Książek
Uff, wreszcie po całym tygodniu czytania skończyłam "Miasto Śniących Książek" Waltera Moersa. To nie tak, że powieść ta mi się nie podobała. Po prostu nie należy do tych książek, które czyta się jednym tchem. Właściwie sama nie wiem, co mam o niej sądzić. Zdecydowanym minusem jest to, że według mnie jest bardzo przewidywalna. Za to sposób narracji jest niewątpliwie ciekawy. Odnoszę wrażenie, że im bardziej ekscytujące lub groźne jest jakieś wydarzenie tym spokojniejsza jest narracja. Nie wiem, czy rozumiecie, o co mi chodzi. Są takie książki, w których narracja dostosowuje się do wydarzenia i pozwala nam przeżyć wszystkie emocje wraz z bohaterami, a tutaj jest odwrotnie. Ogólnie uważam, że autor miał świetny pomysł na fabułę i wykonanie też jest dobre, jednak nie tego się spodziewałam.
Hildegunst Rzeźbiarz Mitów jest początkującym pisarzem. Żyje w twierdzy smoków, gdzie wszystko obraca się wokół literatury. Smoki czytają, piszą, deklamują... robią wszystko, co wiąże się z książkami. Główny bohater otrzymuje w spadku po swoim wuju, Dancelocie Tokarzu Sylab, tajemniczy rękopis. Treść tego listu tak bardzo Hildegunsta porusza, że wybiera się w podróż do Księgogrodu, stolicy literatury. Tam usiłuje ustalić, kto jest autorem dzieła, które otrzymał od Dancelota. Podczas poszukiwań trafia do Katakumb Księgogrodu, w czym pomaga mu tajemniczy Fistomefel Szmejk. Co czeka naszego młodego pisarza w podziemiach? Czy znajdzie odpowiedź na dręczące go pytanie?
Bardzo podoba mi się, że Walter Moers poprzez poprzestawianie liter w nazwiskach słynnych pisarzy, jak np. Edgar Allan Poe, czy Johann Wolfgang von Goethe lub Victor Hugo, i stworzył z nich inne nazwiska. Bardzo ciekawie jest odgadywać kogo kiedy miał na myśli.

Komentarze
Prześlij komentarz